Skins US vs Skins UK

Kiedy zaczynam oglądać serial, nie spodziewam się zbyt wiele po jego bohaterach. Oczywiście powinni być interesujący. Dobrze byłoby też lubić chociaż jednego z nich. Czasami jednak zupełnie niespodziewanie dostaję o wiele, wiele więcej. Tak było w przypadku fantastycznego Six Feet Under, którego bohaterowie, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, stali się moimi przyjaciółmi na długie miesiące. Cieszyłam się i cierpiałam z nimi, a kiedy dotarłam do ostatniego odcinka piątego sezonu, płakałam rzewnymi łzami, że musimy rozstać na dobre.

Włączając pierwszy odcinek brytyjskiego serialu Skins spodziewałam się, że losy jego bohaterów rozśmieszą mnie, może zgorszą, a w najlepszym razie dowiem się czegoś ciekawego o życiu nastolatków mieszkających na Wyspach. Absolutnie nie przypuszczałam, że poczuję się nagle młodsza o 10 lat, a wszystkie problemy, z którymi zmagają się Sid, Tony, Michelle i cała reszta, przypomną mi moje własne zmagania męczącego i upierdliwego okresu dojrzewania. W pierwsze dwa sezony wciągnęłam się bez reszty i obgryzając paznokcie czekałam, czy tym dzieciakom uda się to, co nie do końca udawało się mnie – odkryją, z kim warto się przyjaźnić, a kogo lepiej omijać, porzucą głupią dumę i dojdą do ładu ze swoimi uczuciami, nie popadając przy tym w uzależnienie od alkoholu i innych używek.

Można powiedzieć, że w jakimś sensie przeżyłam katharsis – przeniosłam się w lata swojej durnej i chmurnej młodości i wróciłam stamtąd w znacznie lepszym stanie niż to się wydarzyło w rzeczywistości. Związałam się z bohaterami do tego stopnia, że obejrzałam tylko pierwsze dwa sezony serialu. Wydawało mi się po prostu niemożliwe, by kolejne pokolenie mogło być tak rewelacyjne jak to pierwsze. Zdaje się, że się myliłam, ale  chwilowo nie mam czasu na zapoznanie się z resztą. Tym niemniej, kiedy  zobaczyłam, że Amerykanie chcą zrobić swoją wersję Skins, z jakiegoś powodu poczułam, że muszę to zobaczyć.

I zobaczyłam.

Zwykle kiedy Amerykanie biorą europejski produkt i próbują przerobić go na swoją modłę, efekty są absolutnie opłakane. W tym przypadku nie jest jednak tak źle. Siłą brytyjskich Skins były bezkompromisowość i realizm. Skins w wersji amerykańskiej nie jest ani tak dosadne ani tak prawdziwe jak jego brytyjski odpowiednik, chociaż i tak bije na głowę wszelkie bajeczki o życiu nastolatków w rodzaju One Tree Hill czy Gossip Girl. Różnicę obrazuje najlepiej jedna z pierwszych scen serialu, kiedy Tony podgląda rozebraną sąsiadkę. Brytyjski Tony jest dość przystojnym chłopcem, ale widać, że to nastolatek – chude rączki, niezgrabność ruchów. Tony amerykański jest napakowany jak kulturysta i zachowuje się jak model z okładki. Podobnie sąsiadka – ta brytyjska ma cycki. Amerykańska ma dwa piękne, sztuczne, silikonowe baloniki. I tak jest ze wszystkim – Amerykanie są ładniejsi, śmieszniejsi, bardziej przegięci, po prostu wszystko robią bardziej. Po drugiej stronie oceanu nawet telewizja musi gonić american dream.

Aktorsko z zadania wybrnęła tylko część dzieciaków. Tony, Michelle, Chris, zdołali stworzyć postaci podobne, ale nie będące kalką brytyjskich. Stosunkowo najłatwiejsze zadanie miała Tea i faktycznie jest jednym z mocniejszych punktów amerykańskiej wersji serialu. Tragiczni natomiast są Stanley i Cadie – w wersji oryginalnej jedne z moich ulubionych postaci. Oboje grają (albo raczej udają) w sposób tak drewniany, że można by z ich występów wystrugać Pinokia. Stanley jedzie cały czas na jednej tępej minie, Cadie tak beznadziejnie udaje strach przed ptakami, że przez połowę odcinka jej poświęconego byłam przekonana, że bohaterka zgrywa się przed psychologami, by wycyganić prochy.

Scenariuszowo też czegoś zabrakło. Może to kwestia kompromisu pomiędzy chęcią zachowania ducha oryginału, a koniecznością dopasowania całości do amerykańskiego purytanizmu? W każdym razie miało być odważnie, wyszło raczej groteskowo. Przy z odcinka na odcinek spadającej oglądalności serial ma niewielkie szanse na drugi sezon. Może to i dobrze, chociaż ciekawiło mnie, jak w tej wersji rozwiną wątek Chrisa. Tak czy inaczej – po Skins US chyba niewiele osób będzie płakać…

3 thoughts on “Skins US vs Skins UK

  1. Podziwiam, ja nie byłam w stanie obejrzeć całego odcinka. Wystarczyło mi porównanie scen z 1 epizodu jakie znalazłam na YT. Wersja z USA wydała mi się wtedy tak koszmarnie toporna, aż mi się żal zrobiło. Dobrze, że skasowali, „Skinsy” są tylko jedne:)

  2. A ja się zaparłam, że to obejrzę, ale i tak wymiękłam chyba na etapie wycieczki do Rosji/Kanady. Szkoda mi było strasznie tej amerykańskiej wersji, bo chciałam, żeby była dobra. Ale nie była.

  3. Pingback: Zamiast spamu #1 | Kacza Zupa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s