Choroba jednego sezonu

Życie nałogowca ma swoje plusy i minusy. W przypadku nałogowego oglądacza seriali największym plusem jest oczywiście natychmiastowa satysfakcja, jaką odczuwa on po włączeniu dowolnego odcinka Grey’s Anatomy albo znalezieniu w sieci informacji o podpisaniu przez stację TNT kontraktu na kolejny sezon Southland. Są też drobne skutki uboczne, takie jak całkowity zanik życia towarzyskiego (nie mogę przecież iść na imprezę, jeśli nie widziałam najnowszego odcinka Fringe), seksualnego (po co mi seks, skoro mogę obejrzeć The Good Wife) i intelektualnego (Proust kurzy się na półce… czeka, aż zmogę Modę na sukces w całości). Ale największym minusem jest przykre kłucie w dołku, które odczuwam, kiedy mój ukochany serial zostaje skasowany. A kiedy dzieje się to po pierwszym sezonie, poczucie straty jest szczególnie dojmujące. Przecież pierwszy sezon to jak pierwsza randka – dopiero zaczynamy zakochiwać się w bohaterach, każdy odcinek wciąż jeszcze niesie ze sobą powiew świeżości (albo, co gorsza, poczucie że „jesteśmy w domu”), a krew krąży szybciej na myśl o potencjale, jaki ma ten związek. A tymczasem okazuje się, że kandydatowi na ukochanego mamusia zabroniła odbierać telefony… Tak się po prostu nie robi!

Studio 60 on Sunset Strip


To prawdziwa perełka. Świetne aktorstwo, inteligenta fabuła, wyrafinowany dowcip. Pierwszy odcinek był po prostu niezapomniany. Niestety serial okazał się dość drogi w produkcji (głównie z powodu rozbudowanej obsady), za to w rankingach oglądalności wypadał tak sobie. Przegrał więc ze znacznie bardziej rubasznym 30 Rock, produkowanym przez tę samą stację.

The Black Donnellys


Wyemitowano tylko 12 odcinków. Dlaczego?!? Przecież Jonathan Tucker był najsłodszą bidulinką pod słońcem. Można było nawet uwierzyć, że kocha się w nim piękna Olivia Wilde. Ale najgorsze było zakończenie – do dziś się zastanawiam, kto przeżył jazdę podziurawioną kulami furgonetką… Nie ma to jak skończyć emisję serialu potężnym cliffhangerem. Proszę mi tego więcej nie robić!

Flash Forward


No dobra, nie powiem, żeby to był najlepiej zapowiadający się związek w moim życiu. Ale ta historia naprawdę miała potencjał. Gdyby tylko pozbyć się jęcząco-smędzącego Marka Benforda… Najgorszym grzechem serialu był brak poczucia humoru. Największą zaletą – Lloyd Simcoe. Jak on pięknie mruczał

Happy Town


Ach, te małe, sielskie miasteczka… Gdyby wierzyć scenarzystom i pisarzom, należałoby na wszelki wypadek omijać je szerokim łukiem. Serial miał lepsze i gorsze wątki, ale mimo wszystko miało się ochotę na więcej. Poza tym, Sam Neill. Hmpf.

Rubicon

Jeden z najlepszych seriali, jakie w ogóle kiedykolwiek oglądałam. Miał drobne niedociągnięcia (zagmatwana fabuła i w ślimaczym tempie rozwijająca się akcja to w przypadku tego serialu naprawdę drobnostki), ale nadrabiał świetnym aktorstwem, niewiarygodną wprost dbałością o szczegóły i wyjątkowym realizmem. Nic nie było czarne ani białe, a szarości rozegrano po mistrzowsku.

A wam skasowanie których seriali sprawiło szczególną przykrość?


4 comments

  1. Ha!
    Jak obiecałam zostawiam komentarz 😉
    jeśli chodzi o Flash Forward to zgadzam się w zupełności. Za resztą nie będę płakać (zwłaszcza że The Black Donnellys nawet nie znam ;), chociaż Happy Town zostawił niedosyt.
    Mi szkoda było m.in Persons Unknown i Defying Gravity. Niczego sobie było też brytyjskie Personal Affairs, któremu ucięto łeb.
    No i pytanie za 100pkt – czy to prawda, że skasowali Terriers?! Jeśli tak to już wiem kto u mnie wygrywa.

    a ze staruszków to na pewno Charlie Jade mógł mieć więcej odcinków

    Pzdr i powodzenia w pisaniu 😉
    M.

  2. Mi dopiekło skasowanie Vanished (owszem podbono ostatnie odcinki były na MySpace – nie dotarłam). Pozytywny skutek był taki, że zaczęłam oglądać Bones, bo mieli tam rozwiązać tę sprawę – czekam do dziś.

    m.

  3. Jeju jak zwierz płakał po Studio 60 – cudowny błyskotliwy wspaniały serial – miał być przebojem. Serce zwierza wciąż krwawi po kasacji Gdzie rosną stokrotki – to była absolutna perełka. No i zgodzi się FlashForward nie był najlepszy ale mieć Josepha Fiennsa w telewizorze co tydzień – zwierz chciałby tak mieć więcej niż przez jeden sezon.

  4. Ja płacze po „Wonderfalls” oraz „Firelfy’u” – ale po tym płaczą wszyscy. Potem „Space Above & Beyond” oraz „Defying Gravity”. Też kiedyś miałam pomysł na taki wpis, ale mi się przykro zrobiło na samą myśl o nim i w końcu go nie zrealizowałam z żałości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s